Moja droga do zawodu nauczycielki

0
294

Czasem wycofuję się z pisania bloga ze względu na nadmiar obowiązków: czasem ze zmęczenia, czasem z lenistwa. Przez długi okres sądziłam, że treści, które zamieszczam zawsze muszą mieć dla czytelników jakąś wartość, coś wnosić. Starałam się zapewniać rzetelne informacje, wiarygodne źródła wiedzy, użyteczne narzędzia pracy. Kiedy nie mam nic do zaoferowania, milczę.

Nigdy nie chciałam zostać “influencerką”, mieć tysięcy followersów czy grup pełnych ludzi, którzy wymieniają się tym co jedli na śniadanie. Nie zależy mi na żadnej formie rozpoznawalności, nie potrzebuję darmowych prezentów, wymian barterowych czy płatnych reklam. Potrzebuję rozmawiać z ludźmi. O szkole, edukacji, pomysłach na ciekawe zajęcia, rewolucji w nauczaniu, emocjach, relacjach… I wielu innych tematach. Tak naprawdę nie ma dla mnie żadnego znaczenia ile polubień mają moje posty czy ile wyświetleń artykuły, statystyki sprawdzam raz na rok. Jednak wiem, że im więcej tych wszystkich kliknięć, tym większa szansa, że dotrę do takiej osoby, która będzie miała ochotę wdać się ze mną lub czytelnikami w dyskusję. Że dotrę do takich osób, które tak jak ja mają nadzieję, że dialog jest początkiem ważnych zmian i poszerzania horyzontów.

Dlatego czasem chcę publikować na blogu swoje refleksje, które dla mnie, miały i mają ogromne znaczenie. Wnioski, do których dojście zajęło mi całe lata. I mimo, że nie są to teksty, z którymi możesz się utożsamić lub takie, które w jakikolwiek sposób będą pomocne w Twojej pracy, uważam, że warto poświęcić czas by zastanowić się nad kwestiami, które zostały poruszone. Dialog wewnętrzny, nawet jeśli jest on bolesny lub wprawia w zakłopotanie – tak było w moim przypadku – jest kluczowy w procesie uczenia się. Po przejściu przez własne słabości i błędy, nałożenie filtru konstruktywnej krytyki, droga jest prosta – albo będę stać w miejscu, albo wezmę się w garść i znając swoje mocne i słabe strony zrobię wszystko by iść naprzód.

 

Dziś rozliczam się z przeszłością, wstawiając swoje przemyślenia na temat mojej drogi do nauczania. Praca, którą napisałam jest jedną z bardziej szczerych dialogów wewnętrznych jaki przeprowadziłam dotychczas w swoim życiu. Tak wyglądało moje spojrzenie na edukację, moje osiągnięcia i cele w 2015 roku. Jeśli czytasz Educational Eden to wiesz, że sporo się u mnie zmienia, często się przeprowadzam, aktualizuję plany. Jednak jak się okazuje, cel, od długiego czasu, jest wciąż ten sam, czasem tylko zbaczam z trasy wybierając polne i leśne ścieżki.

 

Zatem jeśli masz dużo wolnego czasu, pod ręką pyszną kawę lub aromatyczną herbatę, zapraszam do lektury.

 

Moja droga do zawodu

Droga do mojego zawodu nie była ani łatwa ani przyjemna. Długo zajęło mi, zanim zrozumiałam, że droga do zawodu, do dorosłego życia w formie w jakiej jest aktualnie, trwała od momentu, kiedy świadomie zaczęłam podejmować jakiekolwiek decyzje. Nawet te najbardziej błahe, te z pozoru nic nieznaczące. To od nich bowiem zaczęło się kształtowanie mojego charakteru i postaw. Kiedy już zrozumiałam, jak długi i złożony był to proces – w kontraście do mojej niebywałej ignorancji i pewności, że do kariery zawodowej jedyną słuszną i niezawodną drogą są studia – zdałam sobie również sprawę, że TO JAKĄ JESTEM NAUCZYCIELKĄ to efekt absolutnie WSZYSTKIEGO co mi się w życiu przydarzyło i KAŻDEGO, kogo spotkałam na swojej drodze.

 

Zacznę od tego, że jeszcze nie potrafię określić „kim będę, kiedy będę dorosła”. Było wiele momentów w moim życiu, kiedy już myślałam, że pewnie stąpam po ziemi i jestem świadoma jaką przyszłość dla siebie kreuję. Niestety, wydaje mi się, że jestem zbyt ciekawa wszystkiego co mnie otacza, zbyt pewna tego, że wiecznie czeka na mnie coś ciekawszego i bardziej fascynującego, niż to co do tej pory osiągnęłam, a to uczucie nie pozwala mi dokonać wyboru, który określiłby, bezpowrotnie, moje przyszłe życie.

 

Kiedy byłam mała, często mówiono mi, że jestem zdolna, mądrzejsza niż inne dzieci, bystra… Szybko przerodziło się to w swego rodzaju arogancję i pewność, że nie muszę robić zbyt wiele by zaimponować innym. Do dziś uważam, że w znaczący sposób zaważyło to na mojej osobowości oraz podejściu do życia. Zupełnie inaczej było z moją starszą siostrą, Ola od najmłodszych lat uczyła się, poświęcała godziny na ćwiczenia, starała się by ją doceniano, oraz dostrzegano jej wysiłek. To wzmocniło jej charakter i już na etapie edukacji wczesnoszkolnej wiedziała, że może osiągnąć wszystko, jeśli bardzo się postara. Wydaje mi się, że obserwując ją myślałam sobie, że mi jej szkoda, żal mi, że musi wkładać tak wiele energii we wszystko co robi. Sytuacja szybko zaczęła się zmieniać. Ola zaczęła przynosić piątki, pochwały, a ja popadałam w lenistwo i samozadowolenie wynikające z każdej, nawet najmniej istotnej pozytywnej uwagi. Już w szkole podstawowej nauczyciele zwracali mi uwagę, że jestem leniwa, że nie osiągnę dużo jeśli nie zmienię swojego podejścia do nauki. „Spójrz na Olę, ma świetne wyniki bo się dużo uczy, stara się” tego rodzaju komunikaty spadały na mnie od czwartej klasy szkoły podstawowej z każdej strony, z ust rodziców, dziadków, nauczycieli. Pod koniec szóstej klasy zaczęła się u mnie faza buntu, wycelowana głównie w edukację. Postanowiłam – chyba świadomie, że skoro nie osiągam takich wyników jak moja starsza siostra, co powoduje wieczne porównywanie mnie do niej, będę jej absolutnym przeciwieństwem, wtedy zdystansuję się do przykrych uwag będąc na wygranej pozycji. Uważałam, że odetnę się grubą kreską od presji jaką wywierało na mnie otoczenie, a także od rosnących wyrzutów sumienia, że nie potrafię się uczyć, wkładać jakiegokolwiek wysiłku w wykonywanie zadań. We wszystkim byłam nijaka. Nie starałam się, nie wykazywałam zainteresowania, odrzucałam wszelkie formy pomocy. Wciąż jednak byłam inteligentnym dzieckiem, często kłóciłam się z nauczycielami, zwracać im uwagę na błędy jakie zdarzyło im się popełnić. Twierdziłam, że dużo lepiej radziłabym sobie na ich miejscu. Moja mama była notorycznie wzywana do szkoły, w której nie radzono sobie z moim zachowaniem. Kilkakrotnie jednak, słyszałam jej późniejsze rozmowy z moim tatą, w których przekazywała informacje z przebiegu wypadków mówiąc, że w pełni rozumie moje podejście lub, że zgadza się z moją oceną sytuacji, choć nie może mi tego powiedzieć bo wywoła to jeszcze większy bunt w stosunku do nauczycieli gimnazjum. Mój tata był raczej zwolennikiem starej szkoły, dyscypliny, niepodważalnego szacunku do wykładowców. Nie pozwalał mi na „moje zdanie” i karał wszelkie nieposłuszeństwo.

To tylko kilka czynników, z których wynikał mój opór wobec edukacji. Nie tyle nie chciałam się uczyć bo byłam leniwa, co nie uczyłam się bo chciałam wszystkim zrobić na złość. Chciałam pokazać, że mimo braku wiedzy ogólnej z zakresu chemii czy historii i tak jestem mądra dziewczyną. Niebywale głupie podejście. Dziś z perspektywy czasu wiem jak wiele sytuacji prowadziło mnie do uniknięcia tych zdarzeń i jak wiele razy odrzucałam pomoc. Ile szans straciłam przez swój upór i zadufanie. Pod koniec gimnazjum musiałam zamieszkać z tatą, rodzice byli od blisko roku w separacji, mama przestała radzić sobie z moim podejściem do życia, poprosiła tatę o przejęcie obowiązków rodzicielskich do czasu aż minie mój „okres dorastania”. Myśleli, że to tylko etap w życiu, kiedy na wszystko padała odpowiedź negatywna. I wiem, że gdyby nie ta decyzja w życiu rodziców, dla obojga bardzo trudna, to nie byłby tylko etap.

Mój tata już na samym początku wspólnego mieszkania ustalił zasady życia razem. Nie starał się tak jak mama, powiedział mi wprost „jeśli chcesz skończyć szkołę w taki sposób, twoja sprawa. Do zamiatania ulic też potrzebni są ludzie. Nie wszyscy muszą iść na studia.”. Długo analizowałam te słowa, zaczęło do mnie docierać, że faktycznie mogę skończyć w ten sposób. Brak dobrych ocen, wieczne wagary i moja postawa życiowa powodowały, że nie mogłam myśleć o dobrym liceum, a także brakowało perspektyw na ewentualną pracę weekendową. Postanowiłam coś zmienić, choć zmiany te mnie przerażały.  Pierwszą ważną decyzją było wybranie liceum innego niż wszyscy uczniowie mojej klasy. Zaczynałam od nowa, ze świadomością, że robię to na kredyt – przyjęcie do szkoły było uwarunkowane dodatkową umową między mną, moją mamą i dyrektorką placówki. Czułam, że nie tylko muszę się starać uczyć na wyższym poziomie ale także moje zachowanie musi ulec znacznej poprawie.

Oczywiście nie było idealnie. Nikt nie zmienia się na życzenie, nawet własne. Stąd dalej uważałam, że mogę dyskutować z nauczycielami o ich metodach wychowawczych tudzież sposobach rozwiązywania klasowych problemów (wielu ze mną). Wagarowałam, uczęszczając tylko na najważniejsze zajęcia lub po prostu te, które lubiłam. Mimo wszystko odczuwałam znaczną ulgę, starałam się i szło mi lepiej. Zdarzało się, że dostawałam pochwały od nauczycieli, których uważałam za autorytety.

Myślę, że znaczący był fakt, że po raz pierwszy uczęszczałam do szkoły, w której nikt nie znał mojej siostry. Czynnik porównywania pozostał już tylko w domu, z tym starałam sobie jakoś radzić. Siostra w tym czasie odnosiła coraz więcej sukcesów edukacyjnych, uczyła się w jednym z najlepszych liceów w Warszawie, ludzie wypowiadali się o niej z szacunkiem i podziwem.  Imponowało mi to i bardzo pomagało w podejściu do mojej przemiany. Coraz częściej zwracałam uwagę na to, że marzy mi się zaistnienie w świecie szkolnych osiągnięć, bycie docenionym za wytrwałość, sumienność, jednak w dalszym ciągu nie wykazywałam tych cech na wystarczającym poziomie. Myślę, że warto sprostować, że owszem, nauka nie była moją mocną stroną ale lubiłam się uczyć – jednak wyłącznie tego, co sprawiało mi przyjemność i co nie było oceniane. Mimo, że uwielbiałam pracować nad podnoszeniem kompetencji w zakresie znajomości języków obcych, w szkole to były najgorsze przedmioty, na które uczęszczałam. Porażki w sytuacjach, gdy naprawdę się angażowałam i starałam były dla mnie okrutnie bolesne. Dlatego z góry skazywałam się na porażkę i przestawałam się uczyć, żeby nie odczuwać, że nie osiągam tego na czym mi zależy. Pamiętam, że kilka razy pomyślałam, że chyba muszę mieć naprawdę niski iloraz inteligencji jeśli nie jestem w stanie czegoś zrozumieć.

Nie sądziłam, że mogę sobie pozwolić na marzenia o studiach na publicznej uczelni. Uważałam, że na studia dzienne idą ludzie, którzy są wybitni, ja wciąż myślałam o sobie jak o kimś bardzo przeciętnym. Maturę zdałam lepiej niż sobie wyobrażałam, lepiej niż ktokolwiek mógł sobie wyobrazić. A mimo to, po zdaniu egzaminów z języka angielskiego na 96 i 100 % (pisałam też rozszerzenie, tamte wyniki wynosiły trochę ponad 60%) od mojej nauczycielki usłyszałam prostą odpowiedź: “głupi ma szczęście”.

 

Od października 2010 byłam studentką w Akademii Pedagogiki Specjalnej w Warszawie,  to dodało mi skrzydeł. Na studiach czułam się jak ryba w wodzie, byłam odpowiedzialna za swoją edukację i swoje dobre imię. Nikt nie zmuszał mnie do wykonywania zadań, czytania, notowania, sama decydowałam o ścieżce edukacyjnej oraz jak przygotowuję się do egzaminów. Wybrałam trudną specjalizację, dobrze wiedziałam, że jest kilkanaście osób na jedno miejsce w zakładzie Terapii Pedagogicznej, a mimo to nie zniechęciłam się. Czułam od pierwszych dni na uczelni, że to dobry wybór. Do tego stopnia byłam pewna swego, iż obiecałam sobie, że jeśli nie dostanę się na specjalizację zrezygnuję ze studiów i będę aplikować ponownie, rok później. Nie wiem skąd już wtedy wziął się u mnie taki upór w tej kwestii. Dostałam się, zdecydowałam także o module jaki chciałam robić i postawiłam swój pierwszy świadomy krok na ścieżce zawodowej.

W karierze 3 lat studiów licencjackich spotkałam wielu wykładowców, pasjonatów i takich, którzy prowadzili zajęcia „za karę”, solidnych i przygotowanych oraz niekompetentnych, uprzejmych i szanujących swoich studentów oraz ich zupełne przeciwieństwo, ale jedna wykładowczyni z wielu względów na długo zostanie w mojej pamięci.

Do dziś nie wiem czy miałam szczęście czy też pecha spotykając Panią X na mojej drodze. Wykładowczyni z pasją, choć czasem myślałyśmy w grupie, że była to wręcz niezdrowa pasja rzutująca na wszelkie aspekty życia, również prywatnego. Zawsze przygotowana, wykorzystująca w 100% każde zajęcia, aktywizująca do pracy tak bardzo, że podstawowe hasło studentek terapii brzmi „sen jest dla słabych”. Kolokwia, wejściówki, hospitacje, protokoły, dyżury, prace dodatkowe, konsultacje – z ręką na sercu mogę powiedzieć, że przez 2 lata 60 procent mojego czasu (24 h, nie tylko tego przeznaczonego na studia) poświęcałam Pani X, jej przedmiotom oraz pracom na nie zadanym. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie to, że postawa wykładowczyni budziła w nas strach. Ale nie chodziło o strach osoby, która jest nieprzygotowana do zajęć i boi się, że otrzyma negatywną ocenę. Permanentny stres spowodował, że płakałam na zajęciach, nie mogąc się opanować. Prace zaliczeniowe sprawdzałam po kilka godzin, strona za stroną, tak, by wyłapać literówki, czy błędy interpunkcyjne, przez które kilkakrotnie byłam wzywana na dyżur i oceniana jako „niechlujna”. Tak naprawdę brzmi to banalnie, bo przecież to oczywiste, że prace muszą być sprawdzane oraz oceniane, jednak coś w postawie Pani X, która nieraz wzywała mnie do gabinetu na spotkanie, po czym po 2-3 godzinach oczekiwania stwierdzała, że nie ma dla mnie czasu sprawiało, że poprawki nabierały innego charakteru niż tylko zwrócenia uwagi na niedociągnięcia. Bywały dni, a nawet tygodnie kiedy mówiłam sobie, że może ta szorstka powłoka i wieczne zaniżanie o poczucia wartości były jedynie metodą pracy, bym osiągnęła więcej. W końcu wielu jest nauczycieli, którzy uważają, że najlepiej naucza się w sytuacjach stresowych i pod presją. Być może tak było. Szczerze mówiąc dziś wolę myśleć w ten sposób, niż, że ktoś nie lubił i nie szanował mnie do tego stopnia by poniżać na oczach całej grupy i innych wykładowców. Jedno wiem, nieważne która z tych wersji jest prawdziwa, wiedza którą zdobyłam poprzez to doświadczenie jest prawdziwa i moja, a nauczyłam się naprawdę wiele. Na sam początek, jak ważne są relacje w edukacji i odejście od praktyki zdobywania autorytetu poprzez wzbudzanie strachu.

 

Podczas ostatniego roku studiów wyjechałam na wymianę studencką z programu Erasmus. Przez 4 miesiące studiowałam w Danii, w mieście Viborg. Zajęcia odbywały się w języku angielskim. Podczas tego wyjazdu poznałam mnóstwo wartościowych, inspirujących ludzi, niektórzy w moim wieku władali 5 językami, inni podróżowali po całym świecie, jeszcze  inni samodzielnie wyjeżdżali na studia do innego kraju by stamtąd wyjechać na wymianę. Samodzielni, odważni, zmotywowani. Te 4 miesiące to jedno z najważniejszych doświadczeń w moim dotychczasowym życiu. Nie jestem w stanie powiedzieć czy więcej nauczyłam się na uniwersytecie w czasie zajęć, czy poza nim, żyjąc i starając się poznać jak najwięcej kultur i punktów widzenia na różne sprawy.

 

Po obronie i zakończeniu pierwszego etapu studiów postanowiłam zrobić sobie rok przerwy od uczelni. Nie do końca wiedziałam co chcę dalej robić i mimo tego, że od dawna pracowałam „w zawodzie” ucząc dzieci oraz prowadząc terapię pedagogiczną nie potrafiłam powiedzieć, czy już wtedy mogłam podjąć się pracy na cały etat oraz wejść w ten rytm, aż do emerytury. Postanowiłam podróżować, odwiedzałam znajomych, poznałam rodzinę mojego partnera, która w pełni wspierała moje podejście, oraz chęć poznania świata zanim osiądę na stałe w jednym miejscu. Dzięki ojczymowi partnera, wykładowcy z Uniwersytetu Narodowego w Bogocie, poznałam świat teatru i historii, zwiedzaliśmy muzea i teatry w kilkunastu miastach w Europie. Mama, choreograf teatralny i właścicielka szkoły tańca współczesnego uwrażliwiła mnie na ekspresję emocji poprzez taniec, ruch, sztukę i muzykę. Z babcią, byłą nauczycielką ekonomii, rozmawiałam godzinami o literaturze światowej, tradycjach związanych z kuchnią polską i włoską oraz spędziłam mnóstwo czasu ucząc się od niej o edukacji w Szwajcarii i Włoszech.  Pierwszy raz czułam, że komuś zależy na tym, żebym wypowiedziała się na konkretne tematy, że jeśli ktoś mnie pyta co myślę o danej książce, nie wystarczy powiedzieć „podoba mi się”. W rodzinie mojego partnera o wszystkim się rozmawia, dyskutuje,analizuje, porusza się kwestie niewygodne, tabu, ciągle poznaje się inny punkt widzenia. W mojej rozmawiamy najczęściej o życiu codziennym i nie twierdzę, że to źle, miło było jednak poznać odmianę i doświadczyć, że każda rodzina jest inna i ma swoje zwyczaje.

 

W czerwcu 2014 roku wyjechałam do Kolumbii. Tam uczyłam się hiszpańskiego oraz zwiedzałam kraj. Od zawsze łączyłam moją ścieżkę zawodową z nauczaniem języków, sama chcę znać ich jak najwięcej, chciałabym dzielić się tą ciekawością i pasją z uczniami. W sierpniu, po 2 miesiącach podróży, zostaliśmy zaproszeni do wioski indiańskiej. Ojczym mojego partnera prowadził tam szkolenia dla nauczycieli oraz zajęcia dla młodzieży. Przez dwa tygodnie poznawałam piękno natury kolumbijskiej, w towarzystwie nauczycieli i uczniów jednej ze szkół. W ramach podziękowania za gościnę zaproponowałam, że chętnie spotkam się z uczniami w szkole i poprowadzę dla nich zajęcia. Poproszono mnie abym na jednych opowiedziała o korzyściach płynących z nauki języków i studiów zagranicznych oraz różnic między kulturą europejską, a południowo-amerykańską. Zaskoczyła mnie otwartość uczniów, wszyscy chętnie brali udział w zajęciach, pytali, opowiadali o sobie. Podczas przerw grupy spotykały się by opowiedzieć następnym o czym opowiadałam. Byłam szczęśliwa widząc ten zapał oraz szczerą ciekawość. W rozmowie z innymi nauczycielami dowiedziałam się,  że wcale nie chodziło, o to, że jestem tam „nowa”. Uczniowie zachowywali się w podobny sposób na wszystkich lekcjach, miałam okazję to zaobserwować i to zachwyciło mnie jeszcze bardziej. To doświadczenie pozwoliło mi przewartościować swoje priorytety i drogę życiową. Coraz bardziej odczuwałam , że w Kolumbii znajdę swoją przyszłość. Wydarzenia te mam przed oczami do dzisiaj, myślę, że one również zaważyły na moich kolejnych wyborach w zakresie ścieżki zawodowej.

Po powrocie zaczęłam studia magisterskie. Wróciłam do pracy z dziećmi, odnowiłam ofertę zakresu usług – korepetycje, terapia pedagogiczna, praca jako terapeuta w oddziale pomocy socjalnej, żyłam jak wcześniej. Tylko ciągle czegoś mi brakowało – styczności z innym językiem, nowych ludzi i zaskakujących sytuacji. Coraz częściej wyjeżdżałam poza granice Polski choćby na weekend by odczuć różnicę. Przez jakiś czas się to sprawdzało.

Już w lutym wzięłam udział w kolejnej rekrutacji do programu Erasmus+. Po kilku miesiącach oczekiwania dostałam się na uczelnię w Holandii. To moja kolejną próba udowodnienia sobie, że potrafię wszystko, jeśli tylko się zaangażuję. Jest to także kolejny krok do kompetencji, których nie miałabym szansy nabyć w Polsce. Wybieram się na kurs z zakresu pedagogiki daltońskiej, Jenaplan, Montessori, Freineta, Steinera. Myślę, że jest to doskonale uzupełnienie dla kwalifikacji, które już teraz posiadam. Wyjeżdżam na cały drugi semestr 2 roku studiów uzupełniających. I dobrze wiem, że po powrocie obronię pracę magisterską i ruszę w poszukiwaniu pracy i życia do Ameryki Południowej.

Tak widzę swoją przyszłość oraz wykorzystanie wiedzy praktycznej i teoretycznej uzyskanej w ciągu tych kilkunastu lat nauki.

 

Początkowo w szkole podstawowej często słyszałam, że jestem przykładem ucznia zdolnego… Nie przywiązywałam do tego wagi sądząc, że jest to równoznaczne z komunikatem “nie musisz się aż tak starać”. W tym i poprzednim roku, to pojęcie w kontekście mojej osoby wciąż obija mi się o uszy, podczas rozmów z koleżankami z grupy. Najpierw wydawało mi się to śmieszne, później zaczęłam przypisywać to ogólnej, studenckiej potrzebie diagnozowania wszystkich po kolei. Ale kiedy jedna z wykładowczyń z APS podpowiedziała mi, że jestem osobą zdolną, zrobiło mi się niewymownie żal… Tych możliwości, które miałam, szans, których  nie wykorzystałam.

Byłam uzdolniona tanecznie, muzykalnie, śpiewałam, tańczyłam, chciałam grać na pianine i gitarze. Pisałam, mnóstwo pisałam! Opowiadania, historie, dialogi, wiersze. Chciałam się uczyć języka norweskiego – języka ojczystego mojego dziadka… Jednak wszystkie aktywności pozaszkolne ograniczano do minimum lub zakazywano zupełnie, tak żebym skupiła się na szkole i na tym, co wymaga pracy – przedmioty ścisłe. To oceny miały największe znaczenie. „Nieadekwatne osiągnięcia szkolne u ucznia zdolnego” to definicja, która już zawsze będzie mi przypominać jaki mam cel i czego nie mogę zaprzepaścić.  I dzięki moim doświadczeniom, wiem, że będę się starała być najlepszym pedagogiem szkolnym na jakiego mogli trafić rodzice moich uczniów, nauczyciele i sami uczniowie. Wiem, że będę dawać z siebie wszystko by wspierać i kształcić moich podopiecznych. Tak by nigdy nie doszli do wniosku, że gdyby trafili na odpowiednią osobę, mogliby być lepszą wersją siebie.

 

Nietypowa praca zaliczeniowa. Powyższy opis został stworzony na potrzeby zaliczenia przedmiotu o nazwie „Pedagogika Pracy” – dostałam z niego jedyną 3, którą miałam na wykazie ocen załączonym do dyplomu, więc chyba nie spodobał się oceniającym :). Dla mnie to jednak bardzo ważny dowód na to, jak bardzo zmienia się moje życie i kariera zawodowa i jak wiele przeszłam, by być tu gdzie teraz jestem. W raju edukacyjnym, takim, jakim przy Twoim wsparciu, go tworzę.