Moja pierwsza lekcja w fińskiej szkole

2
190
Moje pierwsze zajęcia z nową grupą to zawsze mnóstwo stresu i obaw, wiele pracy przed, a na koniec bardzo krytyczna ewaluacja własna. Na szczęście jestem z tych, którzy wiedzą, że na błędach uczymy się najwięcej, dlatego każde takie doświadczenie to dla mnie cenna uwaga na całe życie. 

Mój staż nabiera rozpędu, każdego dnia dzieje się coś do opisania, ale dziś, chciałabym wrócić do pierwszych pełnych zajęć, które poprowadziłam. Pokazały mi one nad czym jeszcze muszę pracować jako młody nauczyciel (a jest tego oczywiście dużo) jak choćby nad sposobami przekazu oraz wypracowaniem autorytetu u uczniów. Brzmi jakby coś się nie udało, jednak nie, nie o to chodzi. 

Photo by Danelle MacInnes on Unsplash




Już drugiego dnia stażu zanotowałam sobie jakie będą kolejne tematy zajęć z biologii i tego samego wieczoru stworzyłam 2 konspekty zajęć 45-o minutowych oraz 1 kilkutygodniowy projekt. Moja koordynator była zachwycona pomysłami, dlatego pierwsze zajęcia ustaliła na 4 dzień stażu. 
Wcześniej miałam już krótkie wprowadzające zajęcia – integracyjne, w klasach 3d, 4d, 5d: aktywności wymyślane „na szybko” tak by dać się w jakiś sposób poznać uczniom, a nie tylko przedstawić się grzecznie. Jednak jak każdy młody pedagog wie, poprowadzenie pełnych zajęć, tak by wszystko pasowało do scenariusza, by zmieścić się w czasie i jeszcze żeby się wszystkim podobało – to już nie taka łatwizna.
Klasa 5d od jakiegoś czasu pracuje nad projektem „ciało” – co tydzień omawiają inny zakres ludzkiego ciała jak: szkielet, mięśnie, układ krwionośny itd. Pomyślałam, że świetnie byłoby wprowadzić temat o emocjach, który w książce został pominięty, a tak bardzo łączy się z tematyką projektu. 
Scenariusz opierał się na badaniach, przeprowadzonych przez fińskich psychologów, dotyczących odczuwania emocji. Częścią wstępną zajęć była krótka burza mózgów, w której pytałam o to: „Czym są emocje?”, „Gdzie ukryte są w naszym ciele emocje?”, „Czy znacie nazwy pozytywnych emocji?”, „Czy znacie nazwy również tych negatywnych?”. Uczniowie bardzo chętnie udzielali odpowiedzi.  

Kolejnym etapem zajęć była krótka prezentacja dotycząca wcześniej wspomnianych badań. Pokrótce przedstawiłam wszystkim ich cel oraz instrukcje udzielone badanym z trzech krajów. Następnie rozdałam karty pracy, na których dzieci miały, w ten sam sposób jak w badaniu, określić za pomocą kolorów oraz obszarów odczuwane emocje: szczęścia i złości. Po skończeniu, przedstawiłam im wyniki testów Finów i poprosiłam uczniów o porównanie ich rysunków z tymi umieszczonymi na prezentacji.


Karty wypełnione w ten sam lub bardzo podobny sposób miały zostać podniesione w górę. Pokazaliśmy sobie, że większość z nas podobnie odczuwa emocje. Następnie pozwoliłam na parę pytań i krótkie porównanie rysunków wśród rówieśników. 


W następnej części zajęć wykorzystałam jedną z moich ulubionych metod pracy – Dramę. Poprosiłam 8 ochotników (w liczącej mniej niż 20 osób klasie) o wylosowanie jednej karteczki z koszyka. 
Na każdej z nich znajdowała się nazwa emocji wraz z objaśnieniem w jaki sposób ją odczuwamy oraz jak się zachowujemy pod jej wpływem. Zadaniem uczniów było przedstawienie emocji przy pomocy dźwięków, ruchów i mimiki, tak aby reszta klasy mogła odgadnąć o co chodzi. Tylko jedna scenka nie została zrozumiana przez resztę uczniów. W przypadku 3 musiałam odczytać opis pomocniczy z rozdanych wcześniej karteczek. Niemniej jednak najważniejszym punktem tego zadania była następująca dyskusja. 
„Co łączyło przedstawione emocje?”, „Dlaczego właśnie te zostały wybrane spośród tylu innych?”, Które emocje mają największy wpływ na życie człowieka?”. W Dramie przedstawione zostały tylko negatywne emocje, takie jak samotność, smutek, złość, wstyd, wina, frustracja, strach, niepewność, upokorzenie. Chciałam, żeby została zwrócona uwaga na to, iż niektóre z tych emocji pozostawiają ślad nie tylko w psychice ale i w naszym ciele: sposobie poruszania się, wycofaniu, tonie głosu, itd. Dzieciaki samodzielnie określiły, że pozytywne emocje nie wywierają na człowieku aż tak silnego wpływu i z reguły są krótkotrwałe. Byłam bardzo zadowolona z przebiegu zajęć oraz faktu, że wszyscy zrozumieli do czego dążyłam. Niemniej jednak sama odnotowałam następujące błędy i problemy:
– być może to bariera językowa, być może jeszcze moja niepewność – czasem ciężko mi zapanować nad grupą…A to niespełna dwudziestka uczniów. W tej sprawię potrzebowałam konsultacji z koordynatorką;
– nie zawsze moje polecenia są spójne, logiczne i wyraźne. Jedno z zadań musiałam tłumaczyć 3 razy, zatem to znak dla mnie, że muszę popracować na sposobami przekazu oraz prostymi poleceniami;
– moje zadania zawsze zajmują dłużej niż zakładam. Na studiach uczono mnie, że to sytuacja bardziej korzystna, niż taka w której dzieci miały skończyć 15 minut przed dzwonkiem i improwizować dalsze aktywności. Lecz ja wolałabym nauczyć się lepiej opracowywać poszczególne elementy scenariusza, tak by na wszystko mieć czas. 

Dwa dni po przeprowadzonych zajęciach, poprosiłam o feedback zarówno uczniów jak i wychowawczynię klasy. Oni nie doszukiwali się błędów tak jak ja, dzieci zadowolone, uznały, że zajęcia były ciekawe i chciałby mieć więcej zajęć ze mną (będzie duuuuużo więcej :)), z kolei od mojej koordynator dowiedziałam się, że świetnie ukrywam stres, bo ona nie zauważyła jakichkolwiek nerwów. Doradziła mi jednak, abym postarała się mówić wolniej, gdyż moja grupa, mimo iż świetnie mówią po angielsku, w natłoku zadań i poleceń mogą się pogubić. Co do braku autorytetu oraz problemów z uspokojeniem grupy, poradziła mi nie przejmować się za bardzo – gdyż pewne metody opracowuje się w długim i żmudnym procesie zwanym „praca zawodowa” :).
Zatem bez stresu ale z motywacją wzięłam się za planowanie kolejnych zajęć. Co z tego wyszło opowiem następnym razem.  
Jakie były Wasze doświadczenia na początku kariery zawodowej? Czy macie jakieś uwagi co do mojego prowadzenia? Chętnie posłucham rad bardziej doświadczonych nauczycieli!