Rozwój osobisty – nie potrzebuję już „dążyć do doskonałości”

3
533

Z reguły na Educational Eden można znaleźć artykuły, materiały i narzędzia edukacyjne, dzielę się z Tobą moimi przemyśleniami, wnioskami, opisami procesów, podsumowaniami etapów, ewaluacjami. Od kilku dni coś we mnie narasta, coś nie daje mi spać, nie daje mi spokoju, mąci uważność. Czuję potrzebę „przelania na papier” koncepcji i pytań, nie radzę sobie już z panowaniem nad nurtem myśli, przeczekiwaniem, skupianiem się na oddechu, emocjach, skan ciała oraz inne techniki mindfulness i medytacji nie pomagają tylko wzmagają frustrację. Nie mogę uwierzyć, że poza moim rozumieniem dzieje się coś, co sprawia, że nie jestem w stanie „zatrzymać się” choćby przez 2 minuty.

Ten rok jest trudny. I choć bardzo bym chciała, nie umiem w kilku zdaniach nakreślić sytuacji, powiedzieć jak wiele się dzieje, jak bardzo mnie to wszystko dotyka, jak bezsilna się w tym wszystkim czuję.

 

Jestem przyzwyczajona do pędu, realizowania celów, ciągłych zmian, wyzwań, zarówno sukcesów jak i porażek, lubię rutynę i dobrą, stałą organizację czasu, ale w ogólnym rozrachunku, więcej u mnie w życiu jednak chaosu niż porządku. Mam takie głupie wrażenie, że stoję tu gdzieś obok siebie samej, i z zupełnie nieznanej mi perspektywy patrzę, jak dokonuje się we mnie podział, jak wyraźnie dzielę wydarzenia i doświadczenia pomiędzy kilka osobowości – z jednej strony ja, jak to mówią w mojej rodzinie „taka hop do przodu”- wszędzie mnie pełno, żywa, zaangażowana, uśmiechnięta, optymistyczna, interaktywna, podejmująca inicjatywę; z drugiej, przecież też ja, tylko ta bierna, marudząca, nie mogąca znaleźć powodu do radości, ta, która się zakopuje w pościeli i udaje, że rzeczywistość jej nie dotyczy. Ten podział towarzyszył mi od zawsze, jednak jeszcze nigdy nie sprawiało mi takiej trudności szukanie równowagi w tym wszystkim.

Winę mogłabym zrzucić na kwarantanne, izolację, niedawne doświadczenia zawodowe, które zakończyły się inaczej niż to sobie wymarzyłam, ale ja przecież wyraźnie czuję, gdzieś z głębi ciała i duszy, że powinnam szukać innych przyczyn, tylko nie wiem gdzie zacząć te poszukiwania. Mam najbardziej wspierającego partnera na świecie, dobrą, trwającą przy mnie rodzinę, nie martwię się o pieniądze, dach nad głową, czy co będę jadła. Jestem zdrowa, moi bliscy również, więc skąd ten stan?

Ci którzy mnie znają od strony zawodowej, mówią mi o wypaleniu zawodowym, że to się zdarza i da się to opanować. A ja przecież nie czuję się wypalona tylko zawodowo, ja mam wrażenie, że ja się życiowo wypaliłam. Że mi już w każdej kategorii istnienia, przychodzi do głowy myśl: „bez sensu, po co to komu”.

Jakby się zastanowić, to kwarantanna dała mi możliwość zwolnić i pomyśleć, doświadczać normalności bez obawy, że coś mi ucieka – bo teraz nic nie ucieka tylko stoi w miejscu, zatem i ja mogę postać, kawy ciepłej się napić, pogapić się w słońce i posłuchać śpiewu ptaków. Tak rzadko mogłam sobie na to pozwolić wcześniej. Tylko skąd ten strach, skąd marazm, skąd to poczucie klęski?

Nieprzerwanie od paru miesięcy mam łzy pod powiekami, zaciskam zęby, zastanawiam się, czy tak już będzie. Boli mnie wszystko: gdy czytam o tym co się dzieje w moim kraju, czuję smutek czytając o kolejnych pożarach na świecie, suszy, braku poszanowania Praw Człowieka, niezliczonych przypadkach dyskryminacji kobiet, doniesieniach o przemocy domowej, stanie psychicznym dzieci i młodzieży na całym świecie, agresji, nienawiści, podziałach, zbrodniach, krzywdach, niesprawiedliwości. Telewizor i radio wyrzuciłam z domu, korzystanie z internetu ograniczam do minimum związanego z kontaktem z rodziną i pracą, nie słucham, nie patrzę… Bo nie mam już filtrów, nie potrafię otoczyć się murem i dopuszczać do siebie tylko wybranych treści.

 

Dlaczego akurat teraz? Tyleż mam możliwości rozwoju: webinary, szkolenia, konferencje, nagrania live, artykuły, zwiedzanie online, tutoriale, e-booki – wszystko z dostawą do salonu – bo to moje miejsce pracy od dwóch miesięcy. Po jakimś czasie zabrakło mi na to wszystko siły i chęci. Wiem, że nie tylko ja tak mam.

 

Czasem mam taki prześwit świadomości, który od razu stawia mnie na nogi i przychodzi mi na myśl, że po prostu dobrobyt poprzestawiał mi w głowie. Zbyt dobrze mi było w życiu, zbyt łatwo, dlatego kiedy napotykam jakieś trudności wydaje mi się, że tak mi smutno, tak mi źle, że muszę sobie odpocząć. Wbrew doświadczeniom i wspomnieniom wydaje mi się, że nie umiem sobie radzić z kryzysami, zachowuję się jak ktoś zupełnie nieporadny i zamiast opracować plan działania, to siadam w metaforycznej kałuży pod rynną i marudzę, że marznę.

 

Jestem zmęczona własną nieumiejętnością dostosowania się do nowej rzeczywistości, irytuje mnie powtarzalność każdego dnia i tego, że pomimo świadomości, że tak wiele robię, to czuję się jakbym się cofała ( w rozwoju, w osiągnięciach życiowych…), milowymi krokami. Próbuję być dla siebie życzliwa, staram się dobrze wykorzystać czas. Czytam, uczę się włoskiego w ramach wymiany barterowej uczę polskiego jako języka obcego, spędzam czas w ogrodzie, bawię się z kotem, piekę, rysuję, tworzę. Codziennie spotykam się online z moimi uczniami, a każde takie spotkanie, to ogromna dawka motywacji, wzruszeń, docenienia możliwości uczestniczenia w ich procesie – ale nie oszukujmy się, po 5 godzinach zajęć i 2-4 planowania, jestem wymęczona jakbym przebiegła maraton i w międzyczasie rozegrała 5 partii szachów – co jest szczególnie trudne, kiedy nie umie się w nie grać.

 

Całe dotychczasowe życie chciałam być kimś innym, dążyłam do tego, by jak najdalej odejść od, jak mniemam, mojego oryginalnego „ja”. Większość lat szkolnych spędziłam na słuchaniu, że jestem zdolna ale leniwa, że nic nie osiągnę, bo nie umiem się w nic zaangażować, że mam słomiany zapał. I absolutnie tak było, w wielu aspektach życia dalej jest. Dlatego tak się zastanawiam, czy przypadkiem od tego słuchania nie weszło mi to w krwiobieg i nie ukształtowało moich postaw?

 

Jakiś czas temu znalazłam wśród dokumentów kilka moich rozprawek z lat szkolnych. Pomyślałam sobie o tym, że bardzo mi brakuje takiej plastyczności myślenia, doszukiwania się kontekstów, argumentów za trafnością oceny sytuacji. Kiedyś niezwykle łatwo przychodziło mi branie udziału w dyskusjach, debatach, umiałam zrozumieć i odnieść się do argumentów obu stron, widziałam zależności, potrafiłam przedstawić je innym. Dziś nie tylko mi się nie chce, ale mam wrażenie, że powoli zamykam się na szerszą perspektywę. To zabawne, im większe doświadczenia i większy zakres wiedzy, tym bardziej jestem przekonana o słuszności własnych poglądów. O ironio, im więcej wiedzy, tym bardziej ciasny mam umysł, z logicznego punktu widzenia, niby się zgadza, jednak zawsze byłam zapewniana o odwrotnych skutkach tegoż zjawiska.

Zapominam jak to jest się dziwić, nie wiedzieć, nie rozumieć. Zapominam jak pięknie jest słuchać, a nie mówić (choć to nigdy nie było moją mocną stroną, dlatego może jak już słuchałam, to tak bardzo doceniałam te momenty). Zapominam o tym, żeby poddawać wątpliwości swoje poglądy i opinie.

 

Ten post jest o wszystkim i o niczym, jak na początku wspominałam, nurt moich myśli jest naprawdę silny i porywa mnie nie dając mi żadnej możliwości kontroli. Potrzebowałam w jakiś sposób się od niego uwolnić, znaleźć ujście. Pisanie do szuflady nigdy nie było moim celem, zawsze wierzę, że puszczając takie teksty w świat znajdę po drugiej stronie monitora kogoś, kto będzie chciał ze mną porozmawiać, kto czuje się podobnie.

 

Dziś rano, dotarło do mnie, jak bardzo brakuje mi wychodzenia poza strefę własnego komfortu dla siebie – nie w sferze rozwoju zawodowego, tylko dla rozwoju własnego, dla wzbogacenia mojej osobowości, zburzenia pewnych schematów. Zaproponowałam mojemu partnerowi, żebyśmy porozmawiali o filozofii. Z początku nie bardzo sami wiedzieliśmy o co nam chodzi, czego szukamy w tej rozmowie. Zastanawialiśmy się nad wartością bądź słusznością poszczególnych stwierdzeń bądź myśli zostawionych przez filozofów z różnych epok. Opowiedziałam Juanowi o majeutyce, metodzie nauczania opracowanej przez Sokratesa, która, okazała się bardzo ważnym aspektem mojej pracy. Nie chcąc jednak wchodzić w tematykę działań związanych z zawodem, szukaliśmy innych punktów zaczepienia. W spokoju piliśmy kawę obserwując naszego kota, który każdego dnia na nowo poznaje nasz ogród. Juan zwrócił mi uwagę, że rzadko daję sobie czas do namysłu, rzucam się z odpowiedziami jak w teleturnieju, jakby najważniejsze było, że mam coś do powiedzenia, a nie to, co mam do powiedzenia. Kolejny raz pomyślałam, że to niesamowite, jak we własnym życiu nie stosuję się do zasad, które stosuję w swojej pracy. Od tego momentu, dawałam sobie więcej czasu na namysł, obiecałam sobie, że w przyszłości zwrócę na to większą uwagę. W trakcie naszej rozmowy, przypomnieliśmy sobie o fragmentach książki „Shantaram”, w której znaleźliśmy wiele wątków filozoficznych. Poruszyliśmy kilka przywołanych problemów, odnieśliśmy się do tego, jakie mamy w poszczególnych zakresach opinie. W tamtym momencie, pomyślałam, że takie zadawanie pytań jest świetnym ćwiczeniem na kreatywność i twórczość. Postanowiłam przeciągnąć ten moment odskoczni i choć miałam na dziś dużo planów, przyniosłam do ogrodu materiały niezbędne do szkicowania i malowania. Tematem „dzieła” miała być któraś ze znanych nam sentencji filozoficznych. Przez dłuższy czas jednak odrzucaliśmy kolejne cytaty i przewracaliśmy kartki szkicowników. Dopiero pytanie:

„dlaczego dążymy do doskonałości,
jeśli nie jest to możliwe do osiągnięcia?”*

poruszyło w nas odpowiednie struny. Zaczęliśmy od określenia czym jest perfekcja i kto o tym decyduje. Zaznaczyliśmy jaki wpływ na obraz „perfekcji” mają czynniki antropologiczne. Odwołaliśmy się do własnych doświadczeń i w efekcie postawiliśmy wiele innych pytań.

* LINK DO ŹRÓDŁA, INSPIRACJE DO ROZMÓW

I teraz po paru godzinach, kiedy powiesiłam już moją pracę w domu, zrozumiałam, dlaczego ten poranek był taki ważny. Dlaczego te wszystkie myśli, tak uporczywie krążyły i nie mogły znaleźć ujścia. Co takiego sama sobie próbowałam powiedzieć od jakiegoś czasu.

Abstrakcja – „Dążenie do perfekcji”. Jestem sumą wydarzeń, doświadczeń i rozmów. Nie wszystko do siebie pasuje, nie wszystko jest takie jakie bym chciała – zdarzają mi się krawędzie, kąty i obszary, którym daleko do doskonałości.

Poczucie klęski wynikało bowiem z faktu, że w tej mojej gonitwie za nabywaniem kompetencji zawodowych, w stałym podnoszeniu sobie poprzeczki w uczeniu się – na oczach innych, od czasu studiów, staży, wolontariatów, doświadczeń zawodowych, zgubiłam gdzieś siebie, tożsamość, która nie wynika z profesji ani nie kończy się na niej. Gdzieś utarło mi się, bardzo błędnie, że owszem mogę (i powinnam) mieć pasje, ale takie, które łączą się z pracą, takie, które ją wzmacniają, wzbogacają, kształtują. Mogę mieć życie prywatne, ale nic nie stoi na przeszkodzie, abym w tym życiu prywatnym wciąż opowiadała o pracy, szukała inspiracji do zajęć, odnosiła się do doświadczeń z klasy szkolnej (tudzież zajęć online). Zaniedbałam tak wiele innych tożsamości – córki, siostry, partnerki, przyjaciółki, aktywistki, feministki, osoby zabierającej głos w ważnych dla niej sprawach, walczącej o prawa swoje i innych, muzykalnej, twórczej, chcącej pisać książki (nieedukacyjne). Bardzo dotkliwie odczułam dziś, w jak sama sobie narzuciłam syzyfową pracę, jak sama siebie w ten schemat wsadziłam i nie pozwoliłam sobie wyjść, choć wielokrotnie czułam, że coś jest nie tak. Zrozumiałam, że nie mam już potrzeby dążyć do jakiejkolwiek perfekcji.

 

Liczę się z tym, że te refleksje mogą się spotkać z krytyką, mogą zmienić sposób postrzegania mojej osoby. Staram się jednak słuchać swojego instynktu i podążać za własnymi potrzebami. I jeśli choć jedna osoba, gdzieś tam, po drugiej stronie, poczuje, że nie jest w tym wszystkim sama – będzie to dla mnie znakiem, że warto było się tak odsłonić i zaryzykować.

Dziś czuję, że chyba oddycham trochę lżej, jakby pełną piersią. Dziś zastanawiam się jak nadrobić czas i o czym mam dziś ochotę napisać rozprawkę. Dziś postanowiłam, że chcę żyć i pracować inaczej oraz, że ze spokojem, uważnością i wdzięcznością dam sobie czas na to, by zastanowić się co to dla mnie znaczy „inaczej”.