Wzbogacanie przez zróżnicowanie – warsztaty dla dzieci pomagające zrozumieć czym może być niepełnosprawność

0
287

Niniejszy artykuł powstał w ramach projektu „Herbatka z gościem” organizowanego podczas mojej pracy dla Kooperatywy Ponad Horyzont, w całości został opracowany przez autorkę warsztatów – Beatę Skrzymowską – która w ramach podsumowania współpracy zgodziła się opisać swoje refleksje i wnioski, wzbogacając w ten sposób ewaluację projektu.

Poniższy opis uważam za absolutną skarbincę wiedzy dla nauczycieli szkół podstawowych i rodziców.

Jeszcze raz, chciałabym podziękować Beacie za fantastyczne warsztaty, chęć dzielenia się doświadczeniami i wiedzą oraz piękne pomaganie innym by zrozumieć i umiejętnie wspierać każdego, kogo spotkamy na swojej drodze.

Zanim przejdziesz do czytania przygotuj sobie herbatę bądź kawę i coś do notowania – zapewniam Cię, że w dalszej części materiału znajdziesz masę inspiracji.

Zapraszam do lektury!

Joanna Obuchowska

 

3 grudnia obchodzony jest Dzień Osób z Niepełnosprawnościami. Z tej okazji Asia poprosiła mnie o przeprowadzenie zajęć dla dzieci na temat niepełnosprawności. Mimo, że na co dzień pracuję z dorosłymi, do pomysłu podeszłam bardzo entuzjastycznie. Do tej pory pamiętam swoją ponad roczną przygodę, kiedy pracowałam w publicznym przedszkolu w grupie integracyjnej jako nauczyciel wspomagający – pedagog specjalny. Oswajanie dzieci z różnością, innością, praktyczna nauka szacunku i podmiotowego traktowania wszystkich bez wyjątku były tam na porządku dziennym. Coś wspaniałego! Byłam bardzo wdzięczna Asi za zaproszenie i możliwość poczucia tej mocy raz jeszcze.

Swoją przygodę z osobami z niepełnosprawnością rozpoczęłam bardzo wcześnie, bo już w wieku 15 lat. Sam pomysł zrodził mi się w głowie rok wcześniej, kiedy pierwszy raz brałam udział jako wolontariusz w Wielkiej Orkiestrze Świątecznej Pomocy. To wtedy doszłam do wniosku, że nie ma chyba lepszego sposobu na życie niż otaczanie się ludźmi życzliwymi, widzącymi coś więcej poza czubkiem własnego nosa, otwartymi na potrzeby innych i wyciągającymi pomocną dłoń do tych, którzy tego najbardziej potrzebują. Potem, zafascynowana programem telewizyjnym „Anna Dymna – spotkajmy się”, w której przedstawiane były sylwetki osób z niepełnosprawnościami, uświadomiłam sobie, że nie znam ani jednej takiej osoby, a chciałabym poznać, bo wydawało mi się, że ci ludzie mają w sobie coś niesamowitego. Trochę przekornie chciałam się też przekonać, czy rzeczywiście, czy telewizja nie kłamie.

Niedługo potem znalazłam pierwszy obóz dla dorosłych osób z przeróżnymi niepełnosprawnościami, na który pojechałam jako asystentka. Miałam pojechać tylko na jeden turnus, ale zostałam także na drugi. To było coś niesamowitego, wtedy zrodziła się moja pasja, wiedziałam już, co chcę robić w życiu. No i poznałam wspaniałych ludzi, z którymi do dzisiaj, mimo upływu lat, nadal mam kontakt.

Od tego czasu co roku jeździłam na różne obozy, turnusy rehabilitacyjne, współpracowałam z wieloma organizacjami pozarządowymi, które takie wyjazdy organizowały i na co dzień pracowały z i na rzecz dorosłych osób z niepełnosprawnościami. To był wspaniały czas poznawania najbardziej wartościowych ludzi, jakich dane mi było spotkać w życiu, nawiązywania przyjaźni, sprawdzania siebie, ale też nabywania doświadczenia zawodowego, które miało zaprocentować w przyszłości.

Naturalną koleją rzeczy wybrałam studia z pedagogiki specjalnej na Akademii Pedagogiki Specjalnej w Warszawie, które były spełnieniem moich marzeń i aspiracji zawodowych. Do tej pory jestem bardzo silnie związana ze środowiskiem osób z niepełnosprawnością, wiele z nich to moi dobrzy znajomi.

W tym miejscu warto także dodać, że sama mam niedosłuch, noszę aparaty słuchowe i posiadam orzeczenie o stopniu niepełnosprawności. To też jest ciekawa historia, ponieważ niedosłuch mam od dziecka, natomiast do założenia aparatów słuchowych dojrzałam dopiero w wieku 17 lat. To też zawdzięczam osobom z niepełnosprawnością, które spotkałam na swojej drodze. To one pokazały mi, że nie ma się czego wstydzić i że jest to taka sama cecha, jak każda inna, że moja niepełnosprawność mnie nie definiuje, nie sprawia, że jestem kimś gorszym. Pewnie jesteście ciekawi, jak radziłam sobie bez aparatów tak długo? Nauczyłam się czytać z ruchu warg, ale też wielu rzeczy po prostu nie słyszałam bez świadomości, że coś mi umyka. Teraz czasami celowo wyłączam aparaty, aby nie słyszeć i zaczęłam traktować to jako swój atut – w końcu nie każdy może się wyłączyć niepostrzeżenie, kiedy chce.

Ten nieco przydługi wstęp wydał mi się konieczny do tego, abyś drogi Czytelniku mógł zrozumieć, dlaczego uważam, że społeczeństwo powinno być z niepełnosprawnością oswajane, traktować to jak coś, co po prostu jest. Pracując w Fundacji Aktywizacja jako Ekspertka ds. szkoleń, przygotowuję materiały szkoleniowe oraz realizuję razem ze swoim zespołem szkolenia dla firm z zakresu niepełnosprawności właśnie. Uważam, że przekazywana przez nas wiedza, a także proponowane ćwiczenia praktyczne w sposób znaczący zwiększają świadomość pracodawców, oswajają ich lęki i koniec końców zachęcają do zatrudniania po prostu dobrych pracowników, niezależnie od tego, czy posiadają oni jakąś niepełnosprawność, czy też nie.

Ta nauka powinna się zacząć jednak dużo wcześniej, w końcu boimy się tego, czego nie znamy. Dlatego postanowiłam zmodyfikować program szkolenia dla dorosłych, tak aby był przystępny i ciekawy dla dzieci w wieku przedszkolnym, uzbroiłam się w materiały do zadań praktycznych (wózek inwalidzki, białą laskę, rękawice, słuchawki wyciszające) i z podekscytowaniem ruszyłam na zajęcia.

Miałam przygotowany scenariusz, natomiast jak zawsze podeszłam do tego elastycznie. Chciałam podążać za dziećmi, ich ciekawością i potrzebami. Byłam ich po prostu ciekawa. Dodatkowo nie chciałam do nich wyjść w roli eksperta, bardziej zależało mi na tym, aby dowiedzieć się, jak oni postrzegają niepełnosprawność, czym dla nich jest, czy kiedyś się już zetknęli z osobami z niepełnosprawnością.

Asia mówiła dzieciom o mnie i temacie naszych zajęć już kilka dni wcześniej, ja też miałam okazję posłuchać, w jakim stylu odbywa się praca, co jest ważne dla Asi jako nauczycielki, jakie panują zasady w grupie, do czego dzieci są przyzwyczajone. Byłam pod wielkim wrażeniem, jak bardzo widać w tym wszystkim człowieka, jak na pierwsze miejsce wysuwa się podmiotowość, szacunek, współpraca, empatia. Nie mogłam się doczekać spotkania, a moja ciekawość z każdym dniem rosła.

Zaczęliśmy od kręgu, gdzie mieliśmy czas na poznanie się, opowiedzenie, w jakim jesteśmy nastroju, co się ciekawego u nas wydarzyło. Nastąpiło też delikatne wprowadzenie w temat zajęć. Pierwsze koty za płoty!

Następnie w swobodnej atmosferze zjedliśmy swoje śniadania, tak aby burczące brzuchy nas nie rozpraszały. To była też dobra okazja, żeby po prostu ze sobą pobyć, trochę się poobserwować w zupełnie bezpiecznych warunkach. Uważam, że to naprawdę wartościowe, że dzieci były dużo wcześniej przygotowywane do spotkania z kimś obcym, do tematu, miały czas się zastanowić, zebrać informacje, wzniecić swoją ciekawość.

Po zaspokojeniu głodu postanowiłam poprosić dzieci o pomoc. Kupiłam swojej siostrzenicy, która jest dokładnie w ich wieku, książkę. Chciałam wiedzieć, czy ich zdaniem się jej spodoba. Kto najlepiej mógłby to ocenić, jak nie dzieci właśnie? Grupa wyraziła chęć pomocy i obiecała, że jeśli nie przypadnie im do gustu, to zostanę o tym bez ogródek poinformowana – w końcu nikt nie lubi dawać nietrafionych prezentów. Książka „Pięciu nieudanych” Beatrice Alemagna jest to krótka, ale magiczna lektura. Opowiada o tym, że nikt nie jest idealny, ale każdy może być szczęśliwy. Pięknie ilustrowana, mądra w treści, okazało się, że zachwyciła nie tylko mnie, ale także moich słuchaczy. Już w jej trakcie rozgorzała ciekawa dyskusja, dzieci na bieżąco komentowały, stawały po stronie bohaterów, z zainteresowaniem przyglądały się rysunkom. Na koniec zawyrokowały – książka nam się podoba, możesz dać ją siostrzenicy! Cóż za ulga, pomyślałam! Podsumowaniem lektury i rozgorzałej po niej dyskusji były dwa wnioski: po pierwsze – każdy jest inny, nikt nie jest idealny, zawsze jest coś, co my w sobie widzimy, że jest nieidealne i to jest ok; po drugie – każdy z nas ma mocne i słabsze strony, fajnie jest je dostrzegać, wymieniać się, uzupełniać. Okazało się, że świetnie to widać w grupie – dzieci z chęcią mówiły o tym, w czym są dobre, jak się wzajemnie uzupełniają, w czym pomagają swoim kolegom, koleżankom, ale też zwracały uwagę, jakie wsparcie otrzymują od innych.

Byłam ciekawa, co dzieci już wiedzą o niepełnosprawności. Co to jest niepełnosprawność? Jaka ich zdaniem jest osoba z niepełnosprawnością? Jakie mogą być rodzaje niepełnosprawności? Okazało się, że wiedzą naprawdę sporo! Chętnie dzieliły się swoimi spostrzeżeniami – ktoś powiedział o swoim dziadku, ktoś inny o tym, że widział kiedyś pana, który był niewidomy i miał białą laskę. Poprosiłam, aby na tablicy narysowały osoby z różnymi rodzajami niepełnosprawności – wyszły prawdziwe arcydzieła! Dzieci opisały swoich bohaterów, opowiedziały o ich niepełnosprawnościach. Następnie opowiedziałam im o tym, że są różne niepełnosprawności, że czasami są one widoczne, a czasem ukryte, niekiedy wrodzone, innym razem nabyte. W tym miejscu zapytałam się, czy uważają, że ja mam jakąś niepełnosprawność. Bardzo ucieszyło mnie to, że się wahały! Gdy dowiedziały się, że nie słyszę tak dobrze jak one, że mam aparaty słuchowe, były bardzo ciekawe, jak one wyglądają. Wspaniałe w dzieciach jest to, że nie boją się zadawać niepoprawnych politycznie pytań, dzięki czemu tak naprawdę szybciej i lepiej niż dorośli oswajają się z różnymi tematami. Ważne jest to i dzieci się ze mną w stu procentach zgodziły, że niepełnosprawność jest tylko dodatkiem, jedną z cech osoby (taką samą jak na przykład kolor włosów), a nie czymś, co ją definiuje, określa. Następnie tablica została uzupełniona o bohaterów z niewidocznymi niepełnosprawnościami.

 

Po krótkim przeorganizowaniu przestrzeni nastąpił czas na zajęcia praktyczne – symulacje niepełnosprawności. Zależało mi na tym, aby dzieci w miarę możliwości same przekonały się, jak to jest mieć problem z poruszaniem się, nie widzieć albo widzieć gorzej, nie słyszeć, itd. Wszystkim symulacjom towarzyszyło krótkie omówienie przed oraz rozmowa o wrażeniach po ćwiczeniach.

Na pierwszy ogień poszła niepełnosprawność ruchowa – najważniejsze było dla mnie, aby dzieci wiedziały, że osoba z niepełnosprawnością ruchową, to nie tylko ta, która jeździ na wózku, ale też bez ręki, nogi, chodząca o kulach czy balkoniku, etc. Po krótkim wstępie oraz wysłuchaniu instrukcji obsługi, mogły wypróbować, jak to jest jeździć na aktywnym wózku inwalidzkim (nie był to wózek dostosowany dla dzieci, lecz dla osób dorosłych). Niecierpliwie czekały na swoją kolej, a kiedy już ona następowała, z zapałem jeździły po korytarzu, skręcały to w jedną, to w drugą stronę, zawracając, cofając się. Jednocześnie uzmysłowiły sobie, że jeśli poruszałyby się na wózku, to nie mogłyby swobodnie korzystać z budynku, w którym się znajdowaliśmy – wjechać do budynku (schody), wejść do łazienki (zbyt małe wejście, brak przestrzeni manewrowej w środku), etc. Gdy jednak zapytałam, czy to jest ok, czy to wina ludzi, którzy poruszają się na wózku, czy może przestrzeni, zgodnie odparli, że problem tkwi w architekturze, a nie w człowieku i że nie powinno tak być.

Wróciliśmy na dywan, dzieci dostały kartki i pastele. Ich zadaniem było wyobrazić sobie, że nie mają rąk i mogą malować tylko stopami. Znaleźli się też chętni na trzymanie kredki w ustach! W końcu wszystko jedno, jak kto sobie radzi bez rąk, ważne, że próbuje i wyzwala swoją kreatywność. Kolejnym zadaniem było wkładanie do pojemnika rozsypanych na podłodze koralików poprzez chwytanie ich palcami u stóp. Zadania nie należały do łatwych, ale dzieci były niezłomne. Obserwowały siebie nawzajem, zachęcały do niepoddawania się, wyrażały uznanie zarówno dla wysiłków, jak i efektów pracy swoich kolegów i koleżanek. No i przede wszystkim, mimo tego, że dobrze się bawiły, uświadomiły sobie i doceniły to, że mają zdrowe ręce i malowanie czy chwytanie rzeczy przychodzi im z łatwością.

Następna seria ćwiczeń dotyczyła niepełnosprawności wzrokowej. Dzieci zostały zapoznane z białą laską, dowiedziały się, do czego ona służy, kto i jak jej używa. Nie mogło także zabraknąć wzmianki o psach przewodnikach oraz zasadach kontaktu z nimi. Padło parę słów o tym, jak można pomóc osobie niewidomej i że zawsze trzeba się najpierw upewnić, czy ktoś naszej pomocy rzeczywiście potrzebuje. Dzieci dobrały się w pary i naprzemiennie wchodziły w rolę albo przewodnika, albo osoby niewidomej. Przewodnicy byli poinstruowani, jak prowadzić osobę niewidomą. Dzieci, które odgrywały rolę osoby niewidomej miały z kolei zasłonięte oczy opaską i szły korzystając z białej laski i wsparcia kolegi, koleżanki. Na zakończenie ćwiczenia rozmawialiśmy o tym, jak się czuły, co ich zaskoczyło, co było przyjemne, a co sprawiało dyskomfort, czy było dla nich trudne.

Potem usiedliśmy przy stole, dzieci miały opaski na oczach. Podzielone na dwie grupy układały wspólnie puzzle – układankę. Okazało się, że łatwiej jest, gdy można polegać na wzroku, a nie tylko na dotyku. Jednak dzięki determinacji ćwiczenie zostało zakończone sukcesem!

Kolejne zadanie – każde dziecko losowało przedmiot. Chętni podawali cechy przedmiotu, które wyczuwali dotykiem, zastanawiali się do czego może służyć. Następnie wszyscy zgadywaliśmy, jakie to mogą być przedmioty (zadaniem dzieci było nie tylko zgadywanie tego przedmiotu, który miały w dłoniach, ale wspólna próba odgadnięcia wszystkich). Odsłoniliśmy oczy, aby sprawdzić, jakie to są przedmioty, ile udało nam się zgadnąć. Ku swojej uciesze okazało się, że dzieci odgadły prawie wszystkie przedmioty!
Teraz nastał czas na niepełnosprawność neurologiczną, a dokładniej na zaburzone czucie w dłoniach. Wszyscy ubraliśmy grube rękawiczki zimowe i naszym celem było nawlec małe drobne koraliki. Zadanie nie należało do najprostszych, ale znowu okazało się, że dzieci są zdeterminowane i nie poddają się tak łatwo! Dzięki temu w niedługim czasie powstały małe arcydzieła.

Ostatnim rodzajem niepełnosprawności była niepełnosprawność słuchowa. Chętne dzieci mogły założyć wygłuszające słuchawki i poczuć, jak inaczej słyszą. Przy okazji grupa dowiedziała się, jak zachowywać się wobec osoby z niepełnosprawnością słuchową, jak ważne jest, aby mówić pojedynczo, wyraźnie, nie zasłaniając ust i patrząc na osobę, do której mówimy. Zawsze można się także wspomóc kartką i długopisem lub telefonem i napisać to, co chcielibyśmy przekazać osobie niedosłyszącej lub niesłyszącej. Powiedziałam też parę słów o języku migowym – okazało się, że dzieci widziały osoby, które migały na przykład w bajkach w telewizji! Niezmiernie mnie to ucieszyło.

 

Na koniec naszego spotkania chętne dzieci mogły ponownie spróbować swoich sił poruszając się na aktywnym wózku inwalidzkim. Ćwiczenie to bez wątpienia spodobało im się najbardziej! Może mi to nie przystoi, ale doskonale je rozumiem – jak miałam 10 lat i byłam przez dłuższy czas w szpitalu na oddziale chirurgii dziecięcej, to urządzaliśmy z innymi dziećmi wyścigi na wózkach inwalidzkich po szpitalnych korytarzach. Do dzisiaj miło to wspominam i nadal, jak tylko mam okazję, to się ścigam – grunt to nie stracić nigdy dziecka, które się ma w sobie, prawda?

Możliwość spotkania z dziećmi w wieku przedszkolnym i wymiana doświadczeń i punktów widzenia była dla mnie bardzo pouczająca. Upewniłam się w tym, że dzieci prawie zawsze są bardziej empatyczne od dorosłych, widzą i czują więcej, a przede wszystkim nie boją się pytać i doświadczać. Nie są jeszcze (i oby jak najdłużej) wciśnięte w ramy konwenansów, tego co wypada i nie wypada, nie przyklejają ludziom łatek i nie kategoryzują ich na lepszych i gorszych. To my dorośli to robimy. Uczmy się więc od dzieci, bo w byciu naturalnym i w widzeniu drugiego człowieka w sposób kompleksowy, nie koncentrując się jedynie na posiadanej przez niego niepełnosprawności, są od nas lepszymi nauczycielami.

Beata Skrzymowska