Bycie w procesie – o próbach, trudach i niepowodzeniach

1
520

Educational Eden powstało z potrzeby dokumentowania własnych przeżyć, spostrzeżeń i zmian, jakie zachodzą we mnie i w moim podejściu do nauczania, na każdym z etapów procesu w jakim od kilku lat jestem. Chciałam dzielić się wiedzą, inspiracjami i nowinkami ze świata edukacyjnego, opisując przy okazji swoje doświadczenia zawodowe i akademickie z różnych miast i krajów, na trzech kontynentach. Z tej działalności, która rozwijała się bardzo szybko, ściągając uwagę wielu nauczycieli w Polsce, wynikło mnóstwo dobrego. Oferty pracy, znajomości (z których wiele przeniosło się z on- do off-line), zaproszenia do współpracy przy projektach mniejszych i większych, rozwijanie warsztatu pisarskiego i publikacje w magazynach edukacyjnych, czy choćby możliwość zweryfikowania gdzie „byłam” mentalnie, emocjonalnie, zawodowo, fizycznie i gdzie jestem teraz oraz czy kierunek, który obrałam mi się podoba, czy może należy coś zmienić. Zdarzyło się też kilka przykrych sytuacji, jak przywłaszczanie sobie mojej własności intelektualnej, wykorzystywanie moich pomysłów bez mojej zgody i wzmianki o zaczerpnięciu „inspiracji”, liczone już w setkach oferty „pomocy młodszej, mniej doświadczonej koleżance”. Nadawca, to najczęściej doktorant bądź dyrektor placówki, zachęcający mnie do przeprowadzenia badań zagranicznych, opracowania narzędzia badań bądź stworzenia materiału szkoleniowego czy też artykułu dla takiej osoby, abym mogła „poćwiczyć” i realizować swoje ambicje, które ktoś inny wykorzysta bez podania mojego imienia czy nazwiska „(…)pracy oczywiście nie możemy podpisać Pani nazwiskiem, jednak nie zapomnimy wspomnieć o udziale osób trzecich/wolontariuszy w tworzeniu badań. Dla Pani to dobry trening i możliwość uzyskania konkretnych doświadczeń w działalności naukowej.”). W pierwszym roku pracy nad EE sporo takich ofert przyjęłam i zrealizowałam, myśląc, że to jakieś osiągnięcie i wyraz docenienia.

Jestem raczej z tych, którzy wolą szczerze omówić problemy, trudności i przygotować się na ciężką pracę. Idea przedstawiania samych pozytywnych momentów, pięknych zdjęć i wzbudzania zachwytu nie jest moim celem ani wartością w życiu. Zawsze starałam się pokazywać na swoich kontach (IG, FB, blog), że moja droga jest kręta, wyboista ale wiele razy trud podążania daje satysfakcje, wzruszenia i piękne życiowe lekcje. Od dłuższego czasu dostaję skrętu żołądka na dźwięk zdań: „tobie się wszystko udaje”, „zawsze masz z górki”, „jakbym ja miała tylko takie problemy…”. Zawsze starałam się to ignorować, bo faktycznie trudno jest dyskutować z kimś, kto po prostu nie siedzi na moim miejscu i nie zdaje sobie sprawy, jak bardzo takie umniejszanie wysiłkom i ciężkiej pracy podcina skrzydła.
Ponieważ czuję wewnętrzną potrzebę by się rozprawić z emocjami, które w ostatnim czasie nie dają mi spokoju, postanowiłam dać sobie przestrzeń na blogu, do refleksji nad tym, co prezentuję na social media i co faktycznie za tym stoi.

GDY UPADNĘ MUSZĘ SWOJE ODLEŻEĆ ZANIM RUSZĘ DALEJ

Usłyszałam jakiś czas temu od znajomej nauczycielki, że jestem niezniszczalna. Że moje niepowodzenia tylko napędzają mnie do dalszej pracy i podnoszenia własnej poprzeczki.
Prawda jest taka, że jestem osobą o dużej wrażliwości, trudne emocje, szczególnie frustrację i obawy, muszę przepłakać i przeleżeć. W tym roku byłam jednym wielkim smutkiem. Cena moich marzeń mnie przerosła. Trudno było mi stanąć na nogi – wymagało to pracy z psychologiem, wielu rozmów z mentorami i osobami z większym doświadczeniem zawodowym oraz ogromu wsparcia od najbliższych. Z perspektywy czasu (bo już stoję stabilnie, kolejny raz działam z optymizmem) wiem dokładnie, co zaważyło o tym, że nie spełniłam oczekiwań części rodziców zatrudniających mnie w Kooperatywie Edukacyjnej Ponad Horyzont, czego nie powinnam była robić oraz, że jestem sobie bardzo wdzięczna, że pozostałam wierna swoim ideałom i wartościom, które kształtują moją sylwetkę zawodową i zrezygnowałam z tej współpracy. Zabrakło mi kompetencji w niektórych obszarach, nie byłam gotowa na podjęcie tak ogromnej odpowiedzialności, nie potrafiłam określić swoich granic i być konsekwentna. Doświadczenie pracy ponad siły i możliwości wskazało bardzo precyzyjnie, że potrzebuję działać w zespole, niezwykle wspierające są dla mnie sztywne ramy i jasne, wspólnie ustalone zasady, że wypalenie zawodowe to nie odległa, mitologiczna kraina dla wybranych i to mój obowiązek, by dbać o siebie i swoje zasoby. Podjęłam też działania w celu uzupełnienia kompetencji i kwalifikacji w zakresach, w których zauważyłam braki. Przez długi czas odczuwałam ogromny ciężar porażki, nie wiedziałam czy moja decyzja była właściwa, mierzyłam się z poczuciem winy. To, o czym nie napisałam nigdy na IG czy Fanpage, to, że przez kilka miesięcy tak bardzo byłam sobą rozczarowana, że rozważałam zmianę zawodu. Nie jestem niezniszczalna, ale chyba dosyć sprawnie przechodzę proces „reinkarnacji”.

PODEJMOWANIE PRÓB WIĄŻE SIĘ Z NIEPOWODZENIAMI

Popełniam błędy jeden za drugim, czasem kilkakrotnie ten sam – zapominając, że Einstein powiedział, że szaleństwem jest robienie wciąż tego samego oczekując różnych rezultatów.

Zapisując się na maturę rozszerzoną z języka angielskiego usłyszałam od mojej nauczycielki, że tylko zmarnuję czas egzaminatorom. Pracując w wakacje zarobiłam sobie na kurs języka angielskiego przygotowujący do matury. Podczas zajęć inni uczestnicy śmiali się z mojej wymowy, a prowadząca, odpowiadając na kolejne moje pytanie do tekstu zapytała: „czy słowo >>music<< też Ci mam przetłumaczyć?”. Mimo, że zapłaciłam za oba semestry z góry, nigdy więcej na zajęcia nie pojechałam, a do matury, nie najlepiej, przygotowałam się sama bo za bardzo przejmowałam się tym co mogą myśleć inni. Na pierwszą wymianę studencką dostałam się z listy rezerwowej – w pierwszej turze czegoś mi zabrakło. Pewnego dnia na drugim roku studiów licencjackich podpisałam oświadczenie o rezygnacji ze studiów bo byłam przekonana, że już dłużej nie dam rady, że sobie po prostu nie radzę z ilością pracy i nauki. Na szczęście ktoś pomógł mi zrozumieć jak znaleźć lepsze rozwiązanie. Na zamknięte drzwi trafiam podobną ilość razy jak na te otwarte.  Niektóre niepowodzenia bolą bardziej, inne mniej. Jedne zostawiają we mnie ogromny żal i niespełnione marzenie, a są też takie, które z wdzięcznością wspominam bo nadały nowy kierunek moim działaniom.
W ostatnich dniach otrzymałam wyniki rekrutacji do Szkoły Doktorskiej – nie dostałam się. To niepowodzenie boli trochę bardziej niż się spodziewałam. Wierzę jednak, że to jedno z tych doświadczeń, które wskazują drogę i uczą czegoś na przyszłość.

POD LINIJKĘ

Przez większość życia byłam mierzona od linijki do wszystkiego – wiecznie mogłabym być „bardziej jak ktoś”, „lepsza”, „mądrzejsza”, „grzeczniejsza”. Nie dziw, że wchodząc w dorosłość trudno wyłączyć to wieczne sprawdzanie, czy już się osiągnęło czyjś poziom, czy może dalej jestem daleko w tyle za wszystkimi, czyniącymi spektakularne postępy. Porównania, poczucie niższości, niska samoocena i brak znajomości własnej wartości to czynniki, które zaważyły na tym, że początki w świecie online były piekielnie trudne. Startowałam z głupiego miejsca. Dziś jest lepiej. Zdarza się przecież, że tam gdzie ja osiągam Mount Everest moich możliwości, ktoś może widzieć wchodzenie na górkę z piasku. Jedyne porównania na jakie się decyduję w ciągu ostatnich lat, to te ze sobą sprzed roku, pięciu czy dziesięciu lat. I niezależnie, jakie odniesienie wybieram, na początek mogę sobie pogratulować – z największym zaangażowaniem, nieprzerwanie robię co mogę by zadbać o swoje potrzeby, by być szczęśliwa, by móc być z siebie dumna.

ZAWSZE Z GÓRKI

„Łatwo Ci mówić, bo Ty masz umiejętności językowe” – znam, na różnym poziomie, kilka języków, bo się uczę, bo poświęcam kilkanaście godzin dziennie na myślenie, pisanie, czytanie, słuchanie i mówienie. Zamiast oglądać coś dla absolutnego odpoczynku w języku polskim, włączam angielski film z francuskimi albo hiszpańskimi napisami, czytam wiadomości z kilku krajów w oryginale, staram się być na bieżąco z dokonaniami naukowymi w interesujących mnie dziedzinach, czytając opracowania badań, słucham praktycznie wyłącznie muzyki francuskiej i włoskiej aktywnie analizując teksty i powtarzając słowa i zwroty, robię listę zakupów w 5 językach, żeby stale pracować nad usprawnianiem mowy na przyszłość, telefon i komputer ustawiam w języku, którego się w danym momencie uczę. To tylko wierzchołek góry lodowej pracy jaką wykonują ludzie którym „łatwo przychodzi uczenie się języków”.

„Ciekawe jak Ty sobie możesz pozwolić na takie podróże edukacyjne” – mogę, bo poświęcam na to wszystkie pieniądze jakie posiadam. Podróże były w swoim czasie moim priorytetem, nigdy nie wydawałam pieniędzy na ubrania, dodatki, kosmetyki, fryzjerkę/kosmetyczkę czy inne rzeczy jeśli nie były one absolutnie niezbędne. Mieszkając i studiując w Holandii żyłam za 100 euro miesięcznie, bo stypendium wystarczało wyłącznie na opłacenie dzielonego pokoju, kupno używanego roweru i opłacenie obowiązkowych wycieczek z uniwersytetu. Studiując w Danii pracowałam wieczorami i w weekendy jako kelnerka w restauracji włoskiej. We Francji podjęłam pracę dorywczą jako niania bo nie znalazłam pracy w zawodzie przez brak znajomości języka francuskiego -to w tym okresie założyłam bloga i opisywałam swoje doświadczenia, żeby nie stracić poczucia sensu i celu. W Kolumbii na krótki czas otworzyłam kawiarnię, zajmując się wszystkim – wyposażeniem, zakupami, pieczeniem, gotowaniem, obsługą. Zebrane pieniądze wydałam na podróże po kraju, podczas których okazjonalnie nauczałam w szkołach w ramach wolontariatu.

NIE JESTEM TU DLA LICZB I LAJKÓW

Moje najlepsze, najlepiej poczytne teksty, to te, które piszę bardziej do siebie niż do czytelnika. Te, które wypływają z serca, tworzone są przez emocje i pokazują mój prawdziwy stosunek do jakichś spraw. Oczywiście, inspiracje, ciekawostki i projekty też są dla mnie ważne, ale to właśnie te refleksje nad rzeczywistością zdają się mieć, zarówno dla mnie jak i dla Was, wartość. Nigdy w życiu nie sprawdziłam swoich statystyk na FB czy IG, nawet nie wiem jak to zrobić, gdyby jednak coś się zmieniło. Ogromne znaczenie dla mnie, jako autorki, mają chęć zaczęcia rozmowy, to, gdy ktoś się utożsamia z moim przekazem. To właśnie takie treści najbardziej lubię tworzyć, ale w większości wypadków – muszę do nich dojrzeć i przyjrzeć się sprawom bardzo uważnie i z cierpliwością, zanim zdecyduję się kliknąć „udostępnij”. Taki właśnie charakter ma ten wpis. Piszę go do tych, którzy też tego potrzebują. Piszę też do tych, którzy czasem się o mnie martwią, a czasem przybijają piątkę. Piszę do już trzydziestokilkuletniej Aśki, która będzie kiedyś ciekawa co mi się w głowie kłębiło i co, być może, zapowiadało jakieś zmiany bądź utwierdziło mnie w słuszności podjętych decyzji.

A co do doktoratu – trochę poleżę, a potem poprawię kask i ruszę dalej.